Zatrzymaliśmy się przed przeszklonymi drzwiami. Spodziewałam się, że Tony je otworzy, ale on kucnął przed nimi i zachęcająco się uśmiechnął. Uznałam to za zachętę do zrobienia tego samego.
- Teraz patrz - powiedział.
Zgodnie z poleceniem spojrzałam przez szybę w drzwiach.
Pokój był wielki jak całe piętro domu Globcke'ech. Na kominku płonął ogień, który był głównym źródłem światła; kąty pomieszczenia ginęły w mroku. Na półce nad kominkiem, o którą ktoś się opierał, stało kilka fotografii.
Około dziesięciu mężczyzn siedziało przy trzech stołach i grało w karty. Żaden nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia pięć lat.
- Ten przy kominku to Hans, jego już poznałaś. Spoko facet ze zdrowym podejściem do życia i lekko wyrąbanymi w kosmos marzeniami.
Nie bardzo zrozumiałam sens tego zdania, ale pokiwałam głową, a Tony kontynuował:
- Ten najbliżej, co siedzi tyłem, ten z długimi włosami, to Karl, jego też już poznałaś. Stara się uchodzić za osobę totalnie pozbawioną ludzkich uczuć, ale to dobry człowiek i mój brat. Jednak lepiej go nie wkurzać.
- Na pewno nie będę - obiecałam.
- Rany, Margota, nie rób takiej przerażonej miny. Masz moje słowo, że nikt cię tu nie pogryzie.
- Nie boję się - kogo ja chcę oszukać?
- Margot, oni wszyscy cię kochają. Jesteś córką ich ukochanej przywódczyni… której nie znali, ale zawsze… zresztą nie ważne.
- Czy ktoś mi wyjaśni, o co chodzi z moją matką?
- Później. Jak już poznasz chłopaków, dobrze?
- Niech będzie i tak.
- Świetnie, więc patrz: ten Azjata to Uli, sprzedałby własną matkę i nas wszystkich za paczkę cukierków albo batona. Ten z długimi włosami to Fritz Neues, to właśnie on odebrał telefon, a ja jeszcze go nie kopnąłem za to, że kazał ci tyle czekać. Ten brzydki i pryszczaty z kucykiem to James, były bokser, średnio inteligentny, ale za to mistrz wpierdolu - Tony już się rozkręcił. - Ten ładny, ciemny blondyn… dobra, wiem, jak to zabrzmiało, ale słowo, że nie jestem gejem. W każdym razie ten blondyn to Alexander, ma tylko dwadzieścia jeden lat, ale to najlepszy spec od wszelkiej broni. Ten stół najdalej to żabojady: Marco, Franco i Kristoff. Dwaj ostatni niczym się nie wyróżniają, ale Marco, ten ze szczurzą mordą, to najbardziej złośliwy człowiek w Berlinie Zachodnim, a może nawet w całym RFN. Tu bliżej, ten mały i brzydki to Heinrich, który może na to nie wygląda, ale lubi robić "bum!". Zapamiętałaś coś?
- Yyyy… - faktycznie, Margareta, bardzo elokwentny początek. - No więc tak… Hans przy kominku, długie blond to Karl, długie brąz Franz…
- Fritz - poprawił mnie Tony.
- Fritz - zgodziłam się i kontynuowałam: - przy stoliku żabojady, Marco i jeszcze dwóch, James były bokser…
- Nieźle, nie spodziewałem się, że cokolwiek zapamiętasz. Chodź - wstał i pomógł mi się podnieść.
Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Tony otworzył drzwi. Wszystkie głowy odwróciły się w naszą stronę. Od razu rozbolał mnie brzuch.
Tony popchnął mnie lekko, zachęcając do wejścia. Ruszyłam przed siebie z nadzieją, że nie widać, jak drżą mi kolana.
Hans uśmiechnął się do mnie, jakby chciał powiedzieć "Spokojnie, nie gryzę". Podeszłam do niego; objął mnie ramieniem.
- Panowie, to jest... - zaczął Hans.
- Co za różnica, jak się nazywa? - przerwał mu żabojad Marco. - Kurwa jak każda inna.
Hans zrobił kilka kroków do przodu, wychylił się w lewo i uderzył go pięścią w twarz. Marco poleciał z krzesłem do tyłu i uderzył z hukiem o podłogę.
- To nie jest żadna kurwa - wycedził Hans i spokojniej dodał: to panna Margareta Grau.
- Wiesz, Marco, nigdy nie nazywaj nieznanej kobiety kurwą, a już na pewno nie w obecności weteranów, bo jak się okaże, że to, na przykład, córka Sary Grau, to będziesz miał przesrane - powiedział uprzejmie Tony.
Kilka głosów ze zdumieniem powtórzyło: "córka Sary?".
- Tak, Margareta jest córką Sary, więc bardzo szanownych panów proszę o niewygłupianie się, nieskładanie propozycji natury erotycznej i niedobieranie się do niej.
- Ja jednak spróbuję - mruknął Marco, który zdążył już wstać.
- Nie próbuj, jeśli chcesz żyć - warknął Karl. - Nie mam do ciebie nic, a ona mnie mało obchodzi, ale Hans własnoręcznie wyrwie ci serce, a Tony mu pomoże.
- Ona cię mało... obchodzi...? - powiedział Tony powoli. - Kiedy to przestały cię obchodzić córki Sary, he? Kiedy ostatnio cię z nimi widziałem, sprawiałeś wrażenie dokładnie odwrotne. Oooo... Już wiem! Przywieźliśmy nie tę siostrę! Gdyby to była Erika na pewno śpiewałbyś inaczej!
- Nie wiem, o czym mówisz - oświadczył Karl, ale było w jego głosie coś, co wskazywało, że wie doskonale. Za to ja nie rozumiałam ani słowa.
- Nie wiesz? To może ci podpowiem... Kto zajmował się małą Erią lepiej niż profesjonalna niańka? Może ja? A kto bawił się z nią lalkami, choć od czasów Mili ma do lalek żywy wstręt? Też ja?
- Nadal nie wiem, o czym mówisz - Karl pobladł, a ja totalnie zgłupiałam.
- A kto potakiwał jej, gdy sepleniła "Jak Elia będzie duża, to wyjdzie za Kalla i będą mieszkać w swojej willi"?! - wykrzyczał w przestrzeń Tony i dodał, zwracając się do kolegów - I to nie było potakiwanie w stylu "tak, tak, gadaj dalej, dzieciaku". Może to też ja?!!!
- Zamknij się! - wycedził Karl, który w czasie tej przemowy zdążył zmienić kolor z białego na czerwono-siny.
- Widzicie? - zawołał Tony. - Potakuje!
Karl nie wytrzymał i rzucił się na brata. Uderzył nim o ścianę, strącając przy okazji wazon z komody.
- Cholera! - oburzył się Franz. Znaczy Fritz. - Bij go, ale nie demoluj salonu, Karl!
Nie bardzo wiedziałam, co tu się dzieje, ale bardzo mi się to nie podobało. Poczułam łzy napływające do oczu. Nie mogę się teraz rozpłakać od tak. Nie mogę!
- Karl, uspokój się - usłyszałam rozkazujący głos Hansa.
Karl puścił Tony'ego i zgrzytnął zębami.
- Postarajcie się sprawiać wrażenie mniej przerażających - kontynuował Hans; zdaje się, że był tu szefem. - Nie chcemy straszyć panny Grau.
Panna Grau zaraz zejdzie na zawał, pomyślałam, jeśli ktoś czegoś szybko nie zrobi.
- Na pewno jesteś głodna - błogosławiony niech będzie Anton Vreski i pomysły jego. - W kuchni jest pizza. Co prawda zimna jak umarłego dupa, ale mogę podgrzać.
Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością.
***
Siedziałam w kuchni, pochłaniając pizzę popijaną kakao, z Tony'm jako jedynym towarzystwem, co wpływało na mnie bardzo korzystnie.
- Oni chcieli cię tylko przestraszyć, Margota, słowo. Normalnie tacy nie są.
- Przerażają mnie.
- Ile masz lat? Piętnaście?
- Tak…
- Poradzisz sobie.
- Co?
- Dotarłem tu jako ośmiolatek, miałem tylko starszego brata, Karla, i daliśmy sobie radę. Ty masz piętnaście i masz mnie. Poradzisz sobie, Garota.
- A wyjaśni mi ktoś, o co chodzi z Sarą, Weteranami i całą resztą?
- Oczywiście. Jak zjesz, zaraz pójdziemy do Hansa. On i Karl dobrze pamiętają Sarę.
- Jasne - uśmiechnęłam się. Znów byłam pełna nadziei.