środa, 6 kwietnia 2016

Rozdział VI

  Moja krótka lista przebojów nie trwała dłużej niż pół godziny, więc do powrotu chłopaków (to jest do godziny dziewiątej z groszkiem) zdążyłam wysłuchać jej dziesięciokrotnie, ale wcale nie miałam dość.
  Gdy Tony energicznie wszedł do salonu, po raz jedenasty leciała "Ma Baker". Vreski'ego wryło w podłogę i stał tak do końca piosenki, uważnie wsłuchując się w tekst i machając rękami, co odczytałam jako kategoryczny zakaz wyłączania. Poruszał wargami, jakby się modlił.
  Wyłączyłam, gdy tylko wybrzmiała ostatnia nuta.
  - Tony? - zapytałam ostrożnie i podeszłam do niego.
  - When one boy was killed, she really made them pay... - wyszeptał Tony. - Men she liked… Did away with him… Cops appeared… Couldn't get away… Shot it out… Didn't want to hang… Died with blazing guns… O mój Boże, Margareta, skąd masz tę piosenkę?!
  - Przecież to Boney M.! Nie znałeś tego? Mówiłam ci przecież!
  - Nieważne. Co ty czytasz?
  - Książkę. - Nie rozumiałam tego szoku wywołanego nieszczęsną "Ma Baker", a gdy czegoś nie rozumiem, robię się zła.
  - Jaką?
  - Papierową! Macie tu Indeks Ksiąg Zakazanych?
  Tony wyrwał mi z rąk nieszczęsną książkę, spojrzał na okładkę i zaczął się śmiać.
  Jeszcze bardziej zła, rzuciłam mu wściekłe spojrzenie.
  - Co. Cię. Tak. Bawi?!
  - Oj, Garota, Garota… Okłamywali cię i odcinali od przeszłości, ale ty podświadomie czułaś! - Tony uśmiechał się od ucha do ucha.
  - Wyjaśnisz mi wszystko w tej chwili albo nie ręczę za siebie! - oświadczyłam lodowato i chyba nawet udało mi się trochę ostudzić entuzjazm Tony'ego.
  - Dobra, już. Siadaj i słuchaj.
  - Oddaj mi książkę.
  - Proszę bardzo.
  No wreszcie.
  W tej samej chwili do pokoju wszedł Hans. Kazał Tony'emu pomóc w wyładowaniu czegoś z czegoś innego i dodał: "Przejmuję twoje dziecko".
  Wcale nie miałam ochoty być przejmowana, bo w towarzystwie Tony'ego czułam się najlepiej, poza tym właśnie miał wyjaśnić mi tajemnicę, jaką owiana była moja matka. No cóż, najwyraźniej jeszcze nie teraz.
  - Mogę ci pokazać pokój Sary… to znaczy twojej matki - odezwał się Hans.
  - Naprawdę, załapałam, kim była Sara! - wypaliłam. - To znaczy wiem, że moją matką, bo poza tym nic.
  Spodziewałam się, że Hans się zdenerwuje, ale on tylko się uśmiechnął.
  - Faktycznie, wybacz. Będziesz mogła się tam przenieść, oczywiście jeśli będziesz chciała.
  - Brzmi nieźle. Kontynuuj. - Nie miałam pojęcia, co mi się stało, że rozmawiam z nim jak z kumplem. Przecież jest ode mnie dwa razy starszy i znam go od dwóch dni, do cholery!
  - Jak już mówiłem, stary pokój Sary. To takie trochę muzeum, nikt tam nic nie ruszał od jej śmierci, więc będzie trzeba przynajmniej zetrzeć kurze.
  - Wiesz, brud poniżej jednego centymetra nie jest szkodliwy, a powyżej sam odpada - uśmiechnęłam się.
  Hans odwzajemnił uśmiech i tajemniczo rzekł:
  - No to chodźmy…
  Schody pokonaliśmy w milczeniu.
  Pokój był wielki (nie tak duży jak salon, ale na pewno większy od tego schowka na miotły, który Globcke dowcipnie nazywali moim i Erii pokojem) i duszny (chyba faktycznie nikt tu nie wietrzył od dziesięciu lat). Ciężkie od kurzu zasłony zapewne były kiedyś białe. Wielkie (i nieposłane) łóżko małżeńskie również pokrywała warstwa kurzu.
  - Zaraz, a pokój w którym spałam? To nie był pokój Sary? Tam przecież były jej ciuchy... i w ogóle...
  - Nie, tam tylko kazałem przenieść część ubrań ze strychu, żebyś miała w co się ubrać jak wstaniesz.
  - Aha. - Ruszyłam w głąb pokoju. I wtedy zauważyłam regał...  - O Boże... - W życiu nie widziałam tylu kaset naraz! - Mogę popatrzeć? - spytałam z nadzieją.
  - Nawet nie pytaj o takie rzeczy! Chcesz, to możesz coś obejrzeć. Albo w ogóle zrobić sobie noc filmową, tylko wyślę kogoś po popcorn.
  Zapiałam z zachwytu. Tylko łóżko, telewizor, popcorn i ja - to brzmiało bardzo zachęcająco. Hans wyszedł z pokoju, a ja rozejrzałam się, od czego zacząć.
  I wtedy mnie zastopowało. Pomiędzy horrorami i filmami akcji trafiłam na łzawą komedię romantyczną, a zaraz obok - na "Niezatapialną Molly Brown".
  Wybiegłam z pokoju i dogoniłam Hansa.
  - Oglądacie komedie romantyczne? - wypaliłam i po chwili milczenia dodałam: - I musicale?
  - To wszystko zostało po Sarze. Nikt tam nic nie ruszał, słowo.
Więc moja matka, nieustraszona, wielka przywódczyni, lubiła rom-comy...
  Znów dowiedziałam się czegoś nowego o mojej matce... bo na dobrą sprawę wiedziałam o niej tyle, że nazywała się Sara Grau, miała partnera, dwie córki, wredną młodszą siostrę, podwładnych, którzy ją kochali, lubiła musicale i komedie romantyczne i nie żyje.
  Odechciało mi się filmu i znów na pierwszy plan wybiło się pragnienie poznania własnych korzeni.
  - Hans, może opowiesz mi coś o niej? - zapytałam nieśmiało.
  - Oczywiście, Margota. - Uśmiechnął się. - Chodź do salonu. Karl, Tony! Zameldować mi się w salonie za pięć minut.
  - Litości - rozległ się głos Tony'ego.
  - Margota potrzebuje nagłej terapii!
  - Lecę!
  - Tylko nóg nie połam - zgrzytnął Karl. - I mam nadzieję, że nie chodzi jej o śpiewanie kołysanek, bo po moich będzie miała koszmary…
  - Nie gadaj tyle i chodź - przerwał ze śmiechem Tony.

niedziela, 18 października 2015

Rozdział V

  Nie zdążyłam przełknąć ostatniego kęsa pizzy, gdy Tony wstał i pociągnął mnie za rękę spowrotem do salonu. Posadził mnie na fotelu, kucnął przede mną i wziął mnie za ręce.
  - Chłopaki pojechali, to było do przewidzenia, ale wcale ich nie potrzebujemy.
  Czułam się dziwnie.
  - Dobra, Margota, mówili ci cokolwiek o Sarze?
  - Że… - zaczełam, zupełnie zapominając, że nie zaczyna się zdania od "że" - miała męża, dwie córki: mnie i Erię, i zginęła w wypadku samochodowym.
  - CO???!!! - Tony przerwał mi straszliwym rykiem. Wstał. - W wypadku?! Sara Grau zginęła w wypadku?! W WYPADKU???!!! - aż się zapluł z oburzenia. - Ja im, kurwa, dam wypadek! To Beate mówiła, tak?
  Pokiwałam głową.
  - Jak ja tej suce wypadnę, to jej się słabo zrobi!
  Nigdy nie widziałem nikogo tak wściekłego. Wstałam i wczepiłam się w ramię Tony'ego.
  - Nie strasz mnie. Opowiedz, jak było naprawdę.
  Tony westchnął głeboko. Schodziło z niego powietrze.
  - Wdech… wydech… wdech… wydech… - uśmiechnęłam się.
  - Dobra, już mi lepiej - jeszcze raz głeboko westchnął. - Przepraszam, jeśli cię przestraszyłem. To był atak furii w stylu Karla. Strasznie cię przepraszam, ale po prostu szlag mnie trafił. Wypadek… nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Masakryczna masakra.
  - To powiesz mi coś czy nie nie? - przerwałam.
  - Jasne, już - przysunął fotel do kominka. - Siadaj.
  Usiadłam, a Tony kucnął przede mną.
  - Nie wolałbyś usiąść? - zapytałam ostrożnie.
  Pokręcił głową. Wziął mnie za ręce i spojrzał w oczy.
  - Sara Grau była najdzielniejszą kobietą, jaką znałem. Twierdzenie, że zginęła w wypadku to czyste oszczerstwo.
  - Co? - wyrwało mi się.
  - Sara oddała życie za swoich podwładnych! To brzmi patetycznie, wiem, ale tak było. Uratowała im wszystkim tyłki. Chłopaki nie znali Sary, oni są nowi. Pamiętają ją tylko Weterani, czyli Hans, Karl i ja.
  - Ty? - zdziwiłam się. - Przecież ty nie masz dwudziestu lat!
  - Nie mam. Dziewiętnaście lat i trzy dni.
  - To było z dziesięć lat temu…
  - Miałem dziewięć lat - wyszczerzył zęby. - Może byłem szczylem, ale widziałem, o co chodzi. Nie pamietam Sary zbyt dobrze, ale Karl i Hans dużo mówili, a na kominku stoi zdjęcie.
  - Antonie Vreski! - rozległ się nagle z dołu lodowaty głos. - Jeśli ciągu trzech minut nie zejdziesz na dół to wyjdę po ciebie, a wtedy…
  - Już idę! - odwrzasnął Tony i zwrócił się do mnie: - Przepraszam, Garota, że to nie wypaliło, ale jak wrócimy, to ci więcej opowiem, słowo. Czuj się tu lepiej niż u siebie w domu.
  A potem wybiegł z pokoju. Przez chwilę słychać było jego kroki na schodach, a potem one też umilkły.
  Zostałam sama w tym wielkim domu i nie powiem, żeby poprawiało mi to nastrój.
  - Dobra, weź się w garść. Tu musi być bezpiecznie - powiedziałam sobie.
  Podeszłam do drzwi i, po dłuższej chwili macania ściany, znalazłam włącznik; zapaliłam światło.
  Nie rozstąpiła się ziemia, nie uderzył we mnie piorun, nie zobaczyłam dookoła kawałków zwłok. Przy świetle pokój wyglądał zupełnie normalnie (pomijając fakt, że był wielki jak dworzec).
  To co teraz robimy?, zapytałam w przestrzeń, ale, zgodnie z przewidywaniami, nie doczekałam się odpowiedzi.
  Nagle przypomniałam sobie, co mówił Tony: na kominku stoi zdjęcie Sary.
  Podeszłam do półki nad kominkiem. Na środku stało dość duże, czarno-białe zdjęcie, zbliżenie na twarz średnio ładnej kobiety koło trzydziestki. Obok stało mniejsze, przedstawiające tę samą kobietę, ale kilka lat starszą, w czymś, co przypominało mundur i z karabinem w rękach.
  Przyjrzałam się pierwszej fotografii. Sara Grau, moja matka, miała związane w kitkę czarne włosy (takie jak moje), ciemne oczy (takie jak moje), mały, lekko zadarty nos (taki jak mój) i kilka zmarszczek na czole.
  Kilka rzeczy stało się trochę jaśniejszych, ale nadal nie wszystko rozumiałam. Zresztą nie ważne. Niedługo wrócą, to wyjaśnią mi resztę.
  Dobra, zagadka prawie rozwiązana, nie ma co się szarpać, za to wartoby rozejrzeć się po chacie. Na razie postarajmy się ogarnąć ten pokój.
  Rozejrzałam się uważnie. Duży, ścienny zegar wskazywał czwartą nad ranem. Na przeciwległej do kominka ścianie zawieszona była szeroka, drewniana półka. Podeszłam bliżej.
  Na środku stało oprawione w ramki kolejne zdjęcie Sary. Miała na nim dziki wzrok, usta wykrzwywione w szyderczym uśmiechu, a w ręku… Trzymała. Za. Włosy. Czyjąś. Głowę.
  To zdjęcie tak mnie zahipnotyzowało, że musiała minąć dłuższa chwila, zanim się ocknęłam.
  Przed zdjęciem paliła się mała świeczka i leżała niebieska róża. Wyglądało to jak ołtarzyk. Święta Sara Grau.
  Dobra, Margota, nie myśl o tym. Wszystko w swoim czasie.
  Wyszłam z wielkiego salonu, nie gasząc światła. Rozejrzałam się. Na prawo korytarz, na lewo schody.
  Ruszyłam schodami w górę. Korytarz, w którym się znalazłam miał pierdyliard drzwi po jednej i drugiej stronie. Tytanicznym wysiłkiem szarych komórek przypomniałam sobie, że "moje" to te drugie po prawej.
  Weszłam do pokoju. Wyjęłam z plecaka kasetę z Boney M. i "Ojca chrzestnego".
  Zeszłam na dół, do salonu. Radio stało na jednym ze stołów. Wsadziłam kasetę do środka.
  Przysunęłam fotel trochę bliżej kominka, obok postawiłam radio. Włączyłam swoją kasetę, usiadłam z książką w fotelu.
  Zagłębiłam się w lekturze, a z radia płynęły pierwsze takty mojej ukochanej "Ma Baker".

sobota, 29 sierpnia 2015

Rozdział IV

  Zatrzymaliśmy się przed przeszklonymi drzwiami. Spodziewałam się, że Tony je otworzy, ale on kucnął przed nimi i zachęcająco się uśmiechnął. Uznałam to za zachętę do zrobienia tego samego.
  - Teraz patrz - powiedział.
  Zgodnie z poleceniem spojrzałam przez szybę w drzwiach.
  Pokój był wielki jak całe piętro domu Globcke'ech. Na kominku płonął ogień, który był głównym źródłem światła; kąty pomieszczenia ginęły w mroku. Na półce nad kominkiem, o którą ktoś się opierał, stało kilka fotografii.
  Około dziesięciu mężczyzn siedziało przy trzech stołach i grało w karty. Żaden nie wyglądał na więcej niż dwadzieścia pięć lat.
  - Ten przy kominku to Hans, jego już poznałaś. Spoko facet ze zdrowym podejściem do życia i lekko wyrąbanymi w kosmos marzeniami.
  Nie bardzo zrozumiałam sens tego zdania, ale pokiwałam głową, a Tony kontynuował:
  - Ten najbliżej, co siedzi tyłem, ten z długimi włosami, to Karl, jego też już poznałaś. Stara się uchodzić za osobę totalnie pozbawioną ludzkich uczuć, ale to dobry człowiek i mój brat. Jednak lepiej go nie wkurzać.
  - Na pewno nie będę - obiecałam.
  - Rany, Margota, nie rób takiej przerażonej miny. Masz moje słowo, że nikt cię tu nie pogryzie.
  - Nie boję się - kogo ja chcę oszukać?
  - Margot, oni wszyscy cię kochają. Jesteś córką ich ukochanej przywódczyni… której nie znali, ale zawsze… zresztą nie ważne.
  - Czy ktoś mi wyjaśni, o co chodzi z moją matką?
  - Później. Jak już poznasz chłopaków, dobrze?
  - Niech będzie i tak.
  - Świetnie, więc patrz: ten Azjata to Uli, sprzedałby własną matkę i nas wszystkich za paczkę cukierków albo batona. Ten z długimi włosami to Fritz Neues, to właśnie on odebrał telefon, a ja jeszcze go nie kopnąłem za to, że kazał ci tyle czekać. Ten brzydki i pryszczaty z kucykiem to James, były bokser, średnio inteligentny, ale za to mistrz wpierdolu - Tony już się rozkręcił. - Ten ładny, ciemny blondyn… dobra, wiem, jak to zabrzmiało, ale słowo, że nie jestem gejem. W każdym razie ten blondyn to Alexander, ma tylko dwadzieścia jeden lat, ale to najlepszy spec od wszelkiej broni. Ten stół najdalej to żabojady: Marco, Franco i Kristoff. Dwaj ostatni niczym się nie wyróżniają, ale Marco, ten ze szczurzą  mordą, to najbardziej złośliwy człowiek w Berlinie Zachodnim, a może nawet w całym RFN. Tu bliżej, ten mały i brzydki to Heinrich, który może na to nie wygląda, ale lubi robić "bum!". Zapamiętałaś coś?
  - Yyyy… - faktycznie, Margareta, bardzo elokwentny początek. - No więc tak… Hans przy kominku, długie blond to Karl, długie brąz Franz…
  - Fritz - poprawił mnie Tony.
  - Fritz - zgodziłam się i kontynuowałam: - przy stoliku żabojady, Marco i jeszcze dwóch, James były bokser…
  - Nieźle, nie spodziewałem się, że cokolwiek zapamiętasz. Chodź - wstał i pomógł mi się podnieść.
  Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Tony otworzył drzwi. Wszystkie głowy odwróciły się w naszą stronę. Od razu rozbolał mnie brzuch.
  Tony popchnął mnie lekko, zachęcając do wejścia. Ruszyłam przed siebie z nadzieją, że nie widać, jak drżą mi kolana.
  Hans uśmiechnął się do mnie, jakby chciał powiedzieć "Spokojnie, nie gryzę". Podeszłam do niego; objął mnie ramieniem.
   - Panowie, to jest... - zaczął Hans.
  - Co za różnica, jak się nazywa? - przerwał mu żabojad Marco. - Kurwa jak każda inna.
  Hans zrobił kilka kroków do przodu, wychylił się w lewo i uderzył go pięścią w twarz. Marco poleciał z krzesłem do tyłu i uderzył z hukiem o podłogę.
  - To nie jest żadna kurwa - wycedził Hans i spokojniej dodał:  to panna Margareta Grau.
  - Wiesz, Marco, nigdy nie nazywaj nieznanej kobiety kurwą, a już na pewno nie w obecności weteranów, bo jak się okaże, że to, na przykład, córka Sary Grau, to będziesz miał przesrane - powiedział uprzejmie Tony.
  Kilka głosów ze zdumieniem powtórzyło: "córka Sary?".
  - Tak, Margareta jest córką Sary, więc bardzo szanownych panów proszę o niewygłupianie się, nieskładanie propozycji natury erotycznej i niedobieranie się do niej.
  - Ja jednak spróbuję - mruknął Marco, który zdążył już wstać.
  - Nie próbuj, jeśli chcesz żyć - warknął Karl. - Nie mam do ciebie nic, a ona mnie mało obchodzi, ale Hans własnoręcznie wyrwie ci serce, a Tony mu pomoże.
  - Ona cię mało... obchodzi...? - powiedział Tony powoli. - Kiedy to przestały cię obchodzić córki Sary, he? Kiedy ostatnio cię z nimi widziałem, sprawiałeś wrażenie dokładnie odwrotne. Oooo... Już wiem! Przywieźliśmy nie tę siostrę! Gdyby to była Erika na pewno śpiewałbyś inaczej!
  - Nie wiem, o czym mówisz - oświadczył Karl, ale było w jego głosie coś, co wskazywało, że wie doskonale. Za to ja nie rozumiałam ani słowa.
  - Nie wiesz? To może ci podpowiem... Kto zajmował się małą Erią lepiej niż profesjonalna niańka? Może ja? A kto bawił się z nią lalkami, choć od czasów Mili ma do lalek żywy wstręt? Też ja?
  - Nadal nie wiem, o czym mówisz - Karl pobladł, a ja totalnie zgłupiałam.
  - A kto potakiwał jej, gdy sepleniła "Jak Elia będzie duża, to wyjdzie za Kalla i będą mieszkać w swojej willi"?! - wykrzyczał w przestrzeń Tony i dodał, zwracając się do kolegów - I to nie było potakiwanie w stylu "tak, tak, gadaj dalej, dzieciaku". Może to też ja?!!!
  - Zamknij się! - wycedził Karl, który w czasie tej przemowy zdążył zmienić kolor z białego na czerwono-siny.
  - Widzicie? - zawołał Tony. - Potakuje!
  Karl nie wytrzymał i rzucił się na brata. Uderzył nim o ścianę, strącając przy okazji wazon z komody.
  - Cholera! - oburzył się Franz. Znaczy Fritz. - Bij go, ale nie demoluj salonu, Karl!
  Nie bardzo wiedziałam, co tu się dzieje, ale bardzo mi się to nie podobało. Poczułam łzy napływające do oczu. Nie mogę się teraz rozpłakać od tak. Nie mogę!
  - Karl, uspokój się - usłyszałam rozkazujący głos Hansa.
  Karl puścił Tony'ego i zgrzytnął zębami.
  - Postarajcie się sprawiać wrażenie mniej przerażających - kontynuował Hans; zdaje się, że był tu szefem. - Nie chcemy straszyć panny Grau.
  Panna Grau zaraz zejdzie na zawał, pomyślałam, jeśli ktoś czegoś szybko nie zrobi.
  - Na pewno jesteś głodna - błogosławiony niech będzie Anton Vreski i pomysły jego. - W kuchni jest pizza. Co prawda zimna jak umarłego dupa, ale mogę podgrzać.
  Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością.
***
  Siedziałam w kuchni, pochłaniając pizzę popijaną kakao, z Tony'm jako jedynym towarzystwem, co wpływało na mnie bardzo korzystnie.
  - Oni chcieli cię tylko przestraszyć, Margota, słowo. Normalnie tacy nie są.
  - Przerażają mnie.
  - Ile masz lat? Piętnaście?
  - Tak…
  - Poradzisz sobie.
  - Co?
  - Dotarłem tu jako ośmiolatek, miałem tylko starszego brata, Karla, i daliśmy sobie radę. Ty masz piętnaście i masz mnie. Poradzisz sobie, Garota.
  - A wyjaśni mi ktoś, o co chodzi z Sarą, Weteranami i całą resztą?
  - Oczywiście. Jak zjesz, zaraz pójdziemy do Hansa. On i Karl dobrze pamiętają Sarę.
  - Jasne - uśmiechnęłam się. Znów byłam pełna nadziei.

wtorek, 14 lipca 2015

Rozdział III

  Ciepło. Miękko. Półmrok. Delikatny zapach dobrych męskich perfum. Zamrugałam oczami i usiadłam, podpierając się na łokciu.
  - No nareszcie! - rozległ się radosny głos. - Myślałem, że się już nigdy nie obudzisz! Hans zaczął z nerwów zdrapywać tapetę ze ścian, a Karl obgryzać paznokcie.
  - Co? - zdziwiłam się. Nie byłam pewna, gdzie się znajduję, o czym ten facet mówi i co to w ogóle za jeden.
  - No, Hans, Karl, willa... Wiesz, o czym mówię, czy może cierpisz na tę dziwną odmianę amnezji, że budzisz się rano i nic nie pamiętasz i nie rozumiesz ani słowa z tego co mówię?
  Facet gadał jakby za chwilę miał nastąpić koniec świata, a do mnie powoli zaczęło docierać.
  Uciekłam z domu. Przyjechali po mnie Tony (który tu siedzi i trajkocze) i jego brat, Karl (ten, co podobno obgryza teraz paznokcie z niepokoju, w co serdecznie wątpię, po ostatniej demonstracji obojętności wobec mnie).
  - Już wszystko wiem - powiedziałam. - Długo spałam?
  - Cały dzień i pół nocy. Zaczynali się już bać, czy aby nie przywieźliśmy im trupa, bo to by było wyjątkowo kiepsko.
  - Faktycznie - zgodziłam się. - Zaraz... Od kiedy siedzisz na moim łóżku?
  - Od jakiś dziewiętnastu godzin.
  - Połóż się! - wrzasnęłam zrywając się z łóżka. - Przecież...
  - Spokojnie, wyluzuj. Wyśpimy się wszyscy w trumnach - roześmiał się.
  - Pewnie tak, ale...
  - Ubierz się w coś czystego i idziemy na dół, do chłopaków.
  - Ale w co? Znaczy, w plecaku mam trochę rzeczy, ale tylko spodnie i sukienkę.
  - W szafie masz trochę rzeczy, które zostały po Sarze. Powinny na ciebie pasować.
  - Jasne, już się ubieram, tylko... może wyjdziesz?
  - Masz rację, ale ze mnie tępa dzida! Już uciekam - wyszedł z pokoju.
  Uśmiechnęłam się do siebie, wstałam i zaczęłam zdejmować brudne ciuchy. Kim była Sara, do której uprzednio należały te ubrania? Czy była to moja matka...?
  Uznałam, że na wszystkie te pytania dostanę odpowiedź, gdy już spotkam się z "chłopakami", i otworzyłam szafę. Gapiłam się przez chwilę na wszystkie te ciuchy i musiałam zatkać usta dłonią, żeby nie zapiać z zachwytu (co niewątpliwie spowodowałoby powrót Tony'ego do pokoju, kolejny słowotok i niewygodne pytania).
  W końcu zmusiłam się do uspokojenia euforii. Założyłam jakieś gacie i stanik i tu mnie zastopowało.
  Po chyba pięciu minutach zastanawiania się, w czasie których Tony z osiem razy (!) pytał, czy wszystko okej, zdecydowałam się na parę granatowych dżinsów, które o dziwo pasowały, i jedwabną koszulkę w niebieskie róże. Zdjęłam z włosów gumkę i zebrałam je w kucyka jeszcze raz. Et Voila!
  Wyszłam z pokoju. Tony na mój widok zaniemówił z wrażenia.
  Dopiero po chwili wydukał:
  - Wyglądasz... zupełnie... jak Sara... Tylko piętnastoletnia, ale Sara.
  Znowu Sara. Co do cholery z tą Sarą...? Kim była i dlaczego ten tu traktował ją jak najwyższą świętość?
  Głęboki oddech, Margareta. Wszystkiego się dowiesz w swoim czasie.
  - Idziemy na dół? - zapytałam nieśmiało. (Długi korytarz kończył się schodami w dół).
  - Jesteś gotowa? - zapytał.
  Wizja kilku (co najmniej) facetów, z którymi miałabym zawrzeć znajomość, trochę mnie przerażała, ale uznałam, że gorzej niż u Globcke'ech nie będzie, a Tony mnie obroni.
  - Chyba tak.
  - No to walmy przywalić tej nawale - uśmiechnął się szeroko i ruszył w dół po schodach.
  Po chwili zastanowienia poszłam za nim.

środa, 8 lipca 2015

Rozdział II

[od autorki: włącz piosenkę nr. 2 "Holding out for a hero"]
   Myślałam, że nie doczekam się nigdy. Kilka razy przysypiałam i od razu się budziłam. Zdążyłam chyba prześpiewać wszystkie piosenki Boney M i zmarznąć na kość.
  Musiałam chyba jednak przysnąć na dłużej, bo obudziłam się, gdy było już jasno, a nade mną pochylała się jakaś kobieta, której białe włosy szorowały mnie po twarzy.
  - Co pani tu robi? - zapytała miękko i... głupio.
  - Siedzę - odpaliłam i dodałam kilka brzydkich przekleństw.
  Wyprostowała się i odeszła, a ja dokonałam przeglądu stanu technicznego swego ciała i sytuacji. Primo skostniałam z zimna, secundo było wpół do siódmej, na ulicy pojawiali się ludzie, a ja siedziałam tak i nie mogłam się ruszyć. W dodatku nie miałam pewności, czy pan Neues, kimkolwiek był, poinformuje Hansa o tym, że czekam i czy Hans jakkolwiek się tym przejmie, a jeśli tak, to kiedy.
  Pokonując okropny ból, wyjęłam z plecaka "Ojca chrzestnego" i zaczęłam czytać po raz n-ty. Pojedyńcze osoby przechodzące ulicą rzucały mi zdziwione spojrzenia i szły dalej.
  Koło siódmej chciałam płakać na swoją głupotę. O siódmej rano minut trzydzieści sześć wybuchnęłam płaczem i płakałam aż zasnęłam.
***
  Obudził mnie warkot silnika bardzo blisko (za blisko) i radosny (zbyt radosny) męski głos (zdecydowanie za blisko).
  Zamrugałam oczami. Chłopak, który się nade mną pochylał, nie miał jeszcze dwudziestu lat. Niebieskie oczy, wielkie okulary i włosy tak jasne, że prawie białe - miałam dziwne wrażenie, że go znam, tylko nie wiedziałam skąd.
  - Ty musisz być Garota, to znaczy Margareta! - zawołał radośnie. - Boże w niebiosach, nie sądziłem, że jeszcze się spotkamy!
  - Wsiadaj do samochodu, Grau, a ty, Tony, przestań piać! - usłyszałam znajomy głos.
  Chłopak nazwany Tony'm wyprostował się. Nadal stał nade mną, ale już nie pochylony jak praczka nad balią, więc zauważyłam właściciela znajomego głosu.
  Karl stał oparty o samochód i wyglądał na znudzonego.
  - Ja nie mam całego dnia - warknął i wsiadł do wozu od strony kierowcy.
  - Chodź - uśmiechnął się Tony - bo on naprawdę gotów pojechać bez nas.
  - Nie mogę - wydukałam. Gardło miałam suche jak pieprz. - Zamarzłam i nie wstanę.
  Tony wziął ode mnie plecak, zarzucił go sobie na ramię, a potem podniósł mnie z taką łatwością jakbym ważyła mniej niż worek pierza. Położył mnie na tylnym siedzeniu i wsiadł.
  - Jestem Anton, ale wszyscy mówią na mnie Tony, a Karla już poznałaś. To mój brat - powiedział szybko. - Wieziemy cię do lepszego miejsca,  świata, gdzie...
  - Mówisz, jakby to była co najmniej cholerna Ameryka, a to tylko ta stara willa - mruknął Karl. - Za bardzo się ekscytujesz.
  - Może trochę. Jesteś głodna? Chce ci się pić? Zimno ci? - wyrzucał z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego.
  - Tak - odpowiedziałam słabo. - Wodę mam w plecaku.
  Wyjął butelkę z plecaka, odkręcił i przyłożył szyjkę do moich ust. Chłeptałam wodę i czułam, jak przywraca moje gardło do stanu używalności.
  - Strasznie mi zimno... - zaczęłam.
  Tony wziął moje dłonie w swoje i rozgrzał, pocierając. Poczułam się lepiej, ale ten gest mnie trochę zdziwił. W końcu przed chwilą się poznaliśmy...
  Zaraz, Tony powiedział "nie sądziłem, że jeszcze się spotkamy". Gdzie się spotkaliśmy wcześniej? Skąd mnie znał? I skąd ja znałam jego?
  Miałam w głowie kompletny mętlik, ale Tony dopiero się rozgadywał. Radośnie trajkotał o starej willi, w której mieszkali, o sobie, o tym, jak się ucieszył, gdy usłyszał o Margarecie Grau, i o wielu innych "rzeczach".
  Po kilkunastu minutach jazdy wiedziałam już, na czym stoję (miałam przed sobą metr dziewięćdziesiąt cztery pozytywnej energii i przeuroczego chłopaka, który starał się zgrywać twardziela bez uczuć) i włączyłam się w monolog Tony'ego, który dał mi miejsca i słuchał mojego gadania o wszystkim, od ucieczki z domu do ulubionej piosenki i pasów do pończoch. (Na marginesie należy dodać, że cały czas leżałam na tylnym siedzeniu, a Tony trzymał moją głowę na kolanach, jak by to nie brzmiało).
  Samochód zaczął podskakiwać na wybojach. Z zabudowy widocznej przez okno, wywnioskowałam, że jesteśmy na przedmieściach, miałam tylko nadzieję, że nie po tej stronie miasta, co państwo Globcke.
  Tony nadal gadał, ale ja się już wyłączałam. Zanim kołyszący się na wybojach samochód, ciepło i głos Tony'ego utuliły mnie do snu, pomyślałam, że znalazłam miejsce, w którym mnie chcą. I że prawdopodobnie będzie mi tam dobrze.

sobota, 20 czerwca 2015

Rozdział I

  Berlin Zachodni, 20 kwietnia 1978r.

  - To jest bardzo mocno podejrzane - oświadczyła Erika Grau. - Nie masz najmniejszego dowodu na to, że to nie są jacyś zwyrodnialcy.
  - Nie mam - odparłam spokojnie. - Ale Beate też najmilsza nie jest.
  - Wolę zwyrodnialców, których znam od zwyrodnialców mi nieznanych! - warknęła.
  - Ale... byli mili... - dobrze wiedziałam, że ten argument jest idiotyczny, ale nieidiotyczne już mi się skończyły.
  - Beate też potrafi być miła, jeśli to leży w jej interesie.
  - Dobra, poddaję się, Eria, nie dogadam się z tobą - skapitulowałam. - Zmieńmy temat.

***

  Berlin Zachodni, 8 maja 1978r.

  Roztarłam obolałą kość policzkową.
  - Mam dość! - krzyknęłam, z trudem powstrzymując łzy. - Ja mam dość. Nie obchodzi mnie, co to za ludzie, uciekam. Gdzieś daleko i...
  - Gareta, uspokój się - Erika masowała udo i wyglądała na pogodzona z losem, choć zawsze była większą buntowniczką. - Co będzie, jeśli to nie pomoże? Jeśli będzie jeszcze gorzej?
  - To będzie gorzej! Nic mnie to nie obchodzi! NIC!!! Rozumiesz, masochistko?!
  - Gareta, myśl racjonalnie. Co, jeśli będą nas wykorzystywać?
  - To będziemy wykorzystywane. Zresztą oni są nawet-nawet...
  - Gareta, nie pieprz głupot.
  - Nie pieprzę tylko informuję. Myślę, że ten blondyn by ci się spodobał.
  - Margareto Grau, posłuchaj siebie, bo pierdolisz jak...
  - Już nieważne. - Wiedziałam, że nie przekonam Eriki. - Idź spać, Eria. Koniec rozmowy.
  Moja biedna, głupia siostra wczołgała się pod kołdrę, zwinęła w kłębek i szybko przestała zdradzać oznaki aktywności. Siedziałam obok niej, nie chciałam spać. Chciałam coś zrobić z tym cholernym życiem, które bolało coraz bardziej, zwłaszcza kiedy Beate dostawała szału, bo Klaus robił z siebie idiotę, i wyżywała się na nas, bo swojego ukochanego synalka nigdy by nie tknęła. (Klaus to jedyny syn Beate i Georga, jedenastolatek, zwyrodniały kretyn, opóźniony w rozwoju, rozpieszczony, samolubny i chamski. I nie, nie mówię tego tylko dlatego, że jestem zazdrosna o to, że dobrze go traktują).
  Spojrzałam na zegarek. Jedenasta. Trzeba jeszcze chwilę posiedzieć. Plan dojrzewający we mnie odkąd dwaj tajemniczy mężczyźni uratowali mi życie, tej nocy miałam wcielić w życie.
  Znalazłam kartkę, wyjęłam z kieszeni wizytówkę, przepisałam numer i dopisałam "Zadzwoń jak się rozmyślisz. Proś Hansa. Jesteś córką Sary." Nie było to jasno sformułowane polecenie, ale Erika była inteligentna, a państwo Globcke trochę mniej.
  Wsunęłam karteczkę pod poduszkę Eriki, uważając, żeby jej nie obudzić i tępo rozejrzałam się wokół. Usłyszałam kroki na korytarzu. Wskoczyłam do łóżka i zawinęłam się kołdrą. Źródło kroków minęło drzwi i zaczęło się oddalać, ale postanowiłam jeszcze chwilę pozostać w bezruchu żeby nie kusić losu.
  Minęło kilka minut wypełnionych zastanawianiem się, co wziąć ze sobą, ale wylazłam z łóżka bez żadnych sensownych wniosków.
  Wyjęłam całą zawartość szkolnego plecaka na ziemię i przyjrzałam mu się głupio. Po chwili zastanowienia wepchnęłam tam grubą bluzę, krótkie spodnie, jeansy, najlepszą letnią sukienkę, stare jak świat ukochane pantofle (które trzy lata temu przyszły w jakiejś tajemniczej paczce), grube skarpety, pusty portfel (który miałam nadzieję napełnić gotówką przed wyjściem z domu), poduszkę-przytulankę, która towarzyszyła mi odkąd pamiętam, "Ojca chrzestnego" - ukochaną książkę i kasetę z kilkoma piosenkami Boney M.
  Miałam na sobie jeansy i przepocony Tshirt. Założyłam czeszki i bluzę. Po chwili zastanowienia dołożyłam do plecaka chustkę na głowę. Zapięłam plecak i zarzuciłam prawą szelkę na ramię.
  Najciszej jak mogłam, zeszłam po schodach, modląc się, żeby nie skrzypnęły. Wyjęłam z kredensu imbryk, w którym trzymali oszczędności. Zwitek stówek. Z szatańskim uśmiechem włożyłam wszystko do portfela i weszłam do kuchni. W szafce leżała czekolada, kupiona za moje własne, uciułane grosiki, którą Beate bezczelnie mi odebrała i dała Klausowi, dostarczając mu tym zabawy na cały wieczór.
  Schowałam swoją własność do plecaka. Markerem, który leżał na blacie napisałam we wnętrzu szafki:
    Wygrałam. Jeszcze wrócę z kawalerią.
    Garota, córka Sary
  Tłumiąc złośliwy chichot, zeszłam na dół. Serce stanęło mi ze strachu, gdy coś skrzypnęło na górze, ale musiało mi się przesłyszeć, bo nie rozległy się ani kroki, ani dalsze skrzypienie, ani nic, co zdradzałoby aktywność ludzką na górze.
  Weszłam do spiżarni. Upchałam w plecaku butelkę wody, jakieś wafle i dwie puszki kukurydzy.
  Drzwi wyjściowe skrzypnęły cicho, gdy je otworzyłam, mimo że starałam się zrobić to jak najdelikatniej. Wysunęłam się na zewnątrz i równie cicho zamknęłam drzwi.
  Byłam wolna.
    [od autorki: włącz piosenkę nr. 1 "Let it go"]
  Raźno ruszyłam przed siebie nucąc pod nosem jakąś piosenkę, której tytułu nie pamiętałam. Szłam w kierunku centrum, wiedząc, że tam na pewno będzie jakaś budka telefoniczna.
  Przez pierwsze pół godziny marszu napędzała mnie euforia, przez następne - własne siły, a później trochę oklapłam. Zmusiłam się do dojścia do najbliższej ławki, usiadłam i zdecydowałam się naruszyć swoje zapasy. Zjadłam pół paczki wafli, popiłam wodą i ruszyłam dalej. Już po chwili zgubiłam się i zaczęłam panikować. W swoim genialnym planie nie wzięłam pod uwagę swojej znajomości Berlina, która była, delikatnie mówiąc, kiepska.
  Uspokój się. Będzie dobrze. Bez paniki. Dasz radę, Garota. Musi być co najmniej jedna budka telefoniczna w cholernym Berlinie! Ty ją tylko znajdziesz i będzie dobrze.
  Wzięłam głęboki oddech, zebrałam się w sobie i ruszyłam. Znów czułam nadmierny optymizm...
  ... który niestety zniknął jakieś półtorej godziny później (tak, mam zegarek i nie, nie umiem samodzielnie oceniać upływu czasu). Była druga, a ja błąkałam się po ulicach, nie bardzo wiedząc, gdzie jestem. W dodatku zrobiło się strasznie zimno. Zjadłam resztkę wafli i puszkę kukurydzy. A budki jak nie było, tak nie było.
  Już chciałam skląć się za idiotyczny i nieprzemyślany plan, gdy zorientowałam się, że przecież wiem, gdzie jestem: daleko od Beate, Georga i Klausa Globcke. I już nigdy nie muszę tam wracać.
  Kiedy sobie to uświadomiłam, znów zachciało mi się tańczyć z radości. Ze zdwojoną energią ruszyłam przed siebie.
  O 3.18 moje oczy ujrzały zbawienie: budkę telefoniczną. Byłam zbyt zmęczona, żeby głośno wyrażać swoją radość, ale uśmiechnęłam się szeroko.
  Weszłam do do środka. W mdłym świetle latarni wybrałam numer z wizytówki. Przyłożyłam słuchawkę do ucha. Kiedy już traciłam nadzieję rozległ się zaspany męski głos:
  - Neues.
  - Grau.
  - Podaj powód, dla którego miałbym cię nie zabić za to, że mnie obudziłeś.
  - Powtórz Hansowi, że Margareta Grau zmieniła zdanie i czeka - tu podałam przybliżoną lokalizację budki.
  - To wszystko?
  - Tak...
  - I po to mnie budziłaś?
  - Powtórzysz to Hansowi?
  - Zastanowię się - odłożył słuchawkę.
  Wyszłam z budki, zjadłam drugą puszkę kukurydzy (nigdy nie jedzcie kukurydzy z puszki palcami!) i usiadłam, opierając się bokiem o ścianę budki.
  Cóż, pozostawało tylko czekać.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Prolog

  Wasza matka, Sara Grau. Zapamiętajcie to nazwisko, dziewczyny. Przyda wam się. 

 ***

Berlin Zachodni,  20 kwietnia 1978r.
  
  Szłam pomiędzy uczniami jednej z wielu szkół w Berlinie, a moja największą ambicją było zniknąć w tłumie i nawet chyba mi się to udało.
  Ktoś wykrzyczał moje przezwisko. Przyśpieszyłam kroku.
 Nie reaguj. Nie reaguj, Margareta. Oni nie są warci twojej uwagi. Nie reaguj. Zostaną później ukarani za wszystko, co ci zrobili. Jeszcze zadasz ból im wszystkim, obiecuję.
  - Cześć, Jednorożcu!!! - wykrzyczał mi ktoś tuż nad uchem.
  Nie reaguj.
  - Jednorożec, ogłuchłaś?! Mówię do ciebie!
  Odwróciłam się i zaciśnięta pięść wylądowała na szczęce drobnego szatyna z mojego rocznika. Przeszłam przez bramę i ruszyłam w kierunku przystanku.
  (Chyba powinnam wyjaśnić, o co chodzi z tym Jednorożcem. Historia krótka i głupia: kiedyś czesałam się w kok na czubku głowy, a moi kochani koledzy uznali, że wyglądam właśnie jak to fantastyczne stworzenie. W zeszłym roku każde wejście i wyjście ze szkoły było jak misja specjalna w czasie której nie możesz dać się sprowokować. Teraz już przycichło, ale zdarzali się tacy jak ten dupek. Tak, dobrze myślicie: jestem szkolnym dziwadłem.)
  Ktoś szarpnął mnie za plecak. Odwróciłam się. Za mną stał napakowany kolega szatyna, któremu przywaliłam. Chciałam odwrócić się i odejść, ale złapał mnie za bluzę. Walnęłam w tę rękę, ale nie puścił. Zanim zdążyłam się obejrzeć dostałam pięścią w twarz tak mocno, że upadłam, a plecak znalazł się pode mną. Napakowany kopnął mnie w brzuch i to odebrało mi oddech. Kopnął mnie raz jeszcze. Uniósł nogę do trzeciego kopa, ale złapałam go za stopę i szarpnęłam.
  Taki numer może skutkuje w filmach, ale nie w realu. Albo ja byłam za słaba. Kopnął mnie w twarz i oklapłam całkowicie. Poprawił i straciłam przytomność.
  - Żyjesz? Żyjesz?! - słyszałam nad sobą jakiś głos, ale bardzo niewyraźnie. Nie byłam też w stanie odpowiedzieć.
  - Super, spieprzyliśmy sprawę. - powiedział drugi głos. - Tak zakończyła się historia córki Sary... Błagam, nie bądź martwa!!!
  Otworzyłam oczy i zamrugałam, żeby przywrócić ostrość widzenia. Po chwili wizja i fonia wróciły do normy.
  Pochylał się nade mną nieznany mi mężczyzna.
  - Żyjesz - odetchnął z ulgą. Miał głęboki, aksamitny głos. Z pewnością gdyby czarny jedwab umiał mówić, mówiłby jego głosem. - Bardzo cię pobił?
  - A jak to wygląda? - pomacałam nos, a później żebra.
  - Wygląda źle - wtrącił się ten drugi. - Całą twarz masz w krwi. Chyba rozwalił ci nos.
  - Niedobrze - jęknęłam. - Bardzo źle. Oni mnie zabiją...
  - Globcke i jego żona? - zapytał Głos Czarnego Jedwabiu.
  - Tak! - byłam tak przerażona, że nawet nie zdziwiłam się tym, skąd o tym wiedział.
  Pomogli mi wstać, poprowadzili kilka kroków i posadzili w samochodzie (zostawiając drzwi otwarte). Dopiero teraz mogłam im się przyjrzeć. Obydwaj byli wysocy i przystojni, ale w zupełnie inny sposób. Pierwszy, ten z aksamitnym głosem, był brązowookim brunetem z krótko przystrzyżoną brodą; mógł mieć trzydzieści lat. Ten drugi miał długie, bardzo jasne, lekko kręcone  włosy, niebieskie oczy i prosty nos; na oko był przed trzydziestką.
  - Jestem Hans - przedstawił się brunet. - A to jest Karl.
  - Margareta - wydukałam.
  - Mówiłem - rzucił Karl - że to ona. Ta twarz jest nie do pomylenia. To po prostu młodsza wersja Sary.
  - Nie odzywaj się - warknął ostro Hans.
  - Będę się odzywał - odparł Karl i łagodnie zwrócił się do mnie: - Powiedz, jesteś córką Sary Grau?
  - Tak - to pytanie było tak niespodziewane, że odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Ale co to ma do rzeczy?
  - Nie ma czasu na tłumaczenia, zwijamy się do...
  - Nigdzie się nie zwijam - przerwałam Karlowi. - Zabiją mnie, jak nie wrócę do domu przez siedemnastą.
  - Zostaw ją, Karl. I podaj mi chusteczki i wodę. Albo nie. Jedziemy do szpitala.
  - Ale panowie... Nie mogę... -  protestowałam słabo.
  - Milcz, wsiadaj i nie odzywaj się - zakomenderował Karl groźnie.
  Posłusznie zamilkłam i przez całą drogę do szpitala i ze szpitala, a także w samym szpitalu nie odezwałam się ani słowem. W szpitalu szybko nastawili mi nos, "złamanie bez przemieszczenia", powiedzieli. Hans i Karl odwieźli mnie prawie pod sam dom (duży, jednorodzinny, na przedmieściach).
  Gdy już wysiadałam Hans złapał mnie za rękę, a drugą przesunął po moim prawym obojczyku. Jego oczom ukazała się blizna po złym humorze ciotki Beate.
  - Możesz pojechać z nami, nie musisz tam wracać - powiedział.
  - Wytłumacz mi coś. Pomogliście mi na ulicy, zawieźliście do szpitala, bredziliście coś o Sarze, znaczy mojej matce, a teraz jeszcze mówicie, że mogę pojechać gdzieś z wami! - wybuchłam. - O co tu chodzi! Wytłumacz mi w tej chwili!
  - Obiecaliśmy, że będziemy opiekować się tobą i twoją siostrą. Ci tu was męczą. Chcemy wam pomóc.
  To mnie zupełnie zaskoczyło.
  - Dziękuję... - wydukałam. - Ale wolę zostać. Damy sobie z Eriką radę.
  Hans nadal nie puszczał mojej ręki. Sięgnął do kieszeni, wyjął z niej sztywny kawałek papieru i wsunął go w moją dłoń.
  - Jeśli jednak zmienisz zdanie, zadzwoń pod ten numer i poproś Hansa.
  Schowałam wizytówkę i pobiegłam do domu.

  Zupełnie nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.