Berlin Zachodni, 20 kwietnia 1978r.
- To jest bardzo mocno podejrzane - oświadczyła Erika Grau. - Nie masz najmniejszego dowodu na to, że to nie są jacyś zwyrodnialcy.
- Nie mam - odparłam spokojnie. - Ale Beate też najmilsza nie jest.
- Wolę zwyrodnialców, których znam od zwyrodnialców mi nieznanych! - warknęła.
- Ale... byli mili... - dobrze wiedziałam, że ten argument jest idiotyczny, ale nieidiotyczne już mi się skończyły.
- Beate też potrafi być miła, jeśli to leży w jej interesie.
- Dobra, poddaję się, Eria, nie dogadam się z tobą - skapitulowałam. - Zmieńmy temat.
***
Berlin Zachodni, 8 maja 1978r.
Roztarłam obolałą kość policzkową.
- Mam dość! - krzyknęłam, z trudem powstrzymując łzy. - Ja mam dość. Nie obchodzi mnie, co to za ludzie, uciekam. Gdzieś daleko i...
- Gareta, uspokój się - Erika masowała udo i wyglądała na pogodzona z losem, choć zawsze była większą buntowniczką. - Co będzie, jeśli to nie pomoże? Jeśli będzie jeszcze gorzej?
- To będzie gorzej! Nic mnie to nie obchodzi! NIC!!! Rozumiesz, masochistko?!
- Gareta, myśl racjonalnie. Co, jeśli będą nas wykorzystywać?
- To będziemy wykorzystywane. Zresztą oni są nawet-nawet...
- Gareta, nie pieprz głupot.
- Nie pieprzę tylko informuję. Myślę, że ten blondyn by ci się spodobał.
- Margareto Grau, posłuchaj siebie, bo pierdolisz jak...
- Już nieważne. - Wiedziałam, że nie przekonam Eriki. - Idź spać, Eria. Koniec rozmowy.
Moja biedna, głupia siostra wczołgała się pod kołdrę, zwinęła w kłębek i szybko przestała zdradzać oznaki aktywności. Siedziałam obok niej, nie chciałam spać. Chciałam coś zrobić z tym cholernym życiem, które bolało coraz bardziej, zwłaszcza kiedy Beate dostawała szału, bo Klaus robił z siebie idiotę, i wyżywała się na nas, bo swojego ukochanego synalka nigdy by nie tknęła. (Klaus to jedyny syn Beate i Georga, jedenastolatek, zwyrodniały kretyn, opóźniony w rozwoju, rozpieszczony, samolubny i chamski. I nie, nie mówię tego tylko dlatego, że jestem zazdrosna o to, że dobrze go traktują).
Spojrzałam na zegarek. Jedenasta. Trzeba jeszcze chwilę posiedzieć. Plan dojrzewający we mnie odkąd dwaj tajemniczy mężczyźni uratowali mi życie, tej nocy miałam wcielić w życie.
Znalazłam kartkę, wyjęłam z kieszeni wizytówkę, przepisałam numer i dopisałam "Zadzwoń jak się rozmyślisz. Proś Hansa. Jesteś córką Sary." Nie było to jasno sformułowane polecenie, ale Erika była inteligentna, a państwo Globcke trochę mniej.
Wsunęłam karteczkę pod poduszkę Eriki, uważając, żeby jej nie obudzić i tępo rozejrzałam się wokół. Usłyszałam kroki na korytarzu. Wskoczyłam do łóżka i zawinęłam się kołdrą. Źródło kroków minęło drzwi i zaczęło się oddalać, ale postanowiłam jeszcze chwilę pozostać w bezruchu żeby nie kusić losu.
Minęło kilka minut wypełnionych zastanawianiem się, co wziąć ze sobą, ale wylazłam z łóżka bez żadnych sensownych wniosków.
Wyjęłam całą zawartość szkolnego plecaka na ziemię i przyjrzałam mu się głupio. Po chwili zastanowienia wepchnęłam tam grubą bluzę, krótkie spodnie, jeansy, najlepszą letnią sukienkę, stare jak świat ukochane pantofle (które trzy lata temu przyszły w jakiejś tajemniczej paczce), grube skarpety, pusty portfel (który miałam nadzieję napełnić gotówką przed wyjściem z domu), poduszkę-przytulankę, która towarzyszyła mi odkąd pamiętam, "Ojca chrzestnego" - ukochaną książkę i kasetę z kilkoma piosenkami Boney M.
Miałam na sobie jeansy i przepocony Tshirt. Założyłam czeszki i bluzę. Po chwili zastanowienia dołożyłam do plecaka chustkę na głowę. Zapięłam plecak i zarzuciłam prawą szelkę na ramię.
Najciszej jak mogłam, zeszłam po schodach, modląc się, żeby nie skrzypnęły. Wyjęłam z kredensu imbryk, w którym trzymali oszczędności. Zwitek stówek. Z szatańskim uśmiechem włożyłam wszystko do portfela i weszłam do kuchni. W szafce leżała czekolada, kupiona za moje własne, uciułane grosiki, którą Beate bezczelnie mi odebrała i dała Klausowi, dostarczając mu tym zabawy na cały wieczór.
Schowałam swoją własność do plecaka. Markerem, który leżał na blacie napisałam we wnętrzu szafki:
Wygrałam. Jeszcze wrócę z kawalerią.
Garota, córka Sary
Tłumiąc złośliwy chichot, zeszłam na dół. Serce stanęło mi ze strachu, gdy coś skrzypnęło na górze, ale musiało mi się przesłyszeć, bo nie rozległy się ani kroki, ani dalsze skrzypienie, ani nic, co zdradzałoby aktywność ludzką na górze.
Weszłam do spiżarni. Upchałam w plecaku butelkę wody, jakieś wafle i dwie puszki kukurydzy.
Drzwi wyjściowe skrzypnęły cicho, gdy je otworzyłam, mimo że starałam się zrobić to jak najdelikatniej. Wysunęłam się na zewnątrz i równie cicho zamknęłam drzwi.
Byłam wolna.
[od autorki: włącz piosenkę nr. 1 "Let it go"]
Raźno ruszyłam przed siebie nucąc pod nosem jakąś piosenkę, której tytułu nie pamiętałam. Szłam w kierunku centrum, wiedząc, że tam na pewno będzie jakaś budka telefoniczna.
Spojrzałam na zegarek. Jedenasta. Trzeba jeszcze chwilę posiedzieć. Plan dojrzewający we mnie odkąd dwaj tajemniczy mężczyźni uratowali mi życie, tej nocy miałam wcielić w życie.
Znalazłam kartkę, wyjęłam z kieszeni wizytówkę, przepisałam numer i dopisałam "Zadzwoń jak się rozmyślisz. Proś Hansa. Jesteś córką Sary." Nie było to jasno sformułowane polecenie, ale Erika była inteligentna, a państwo Globcke trochę mniej.
Wsunęłam karteczkę pod poduszkę Eriki, uważając, żeby jej nie obudzić i tępo rozejrzałam się wokół. Usłyszałam kroki na korytarzu. Wskoczyłam do łóżka i zawinęłam się kołdrą. Źródło kroków minęło drzwi i zaczęło się oddalać, ale postanowiłam jeszcze chwilę pozostać w bezruchu żeby nie kusić losu.
Minęło kilka minut wypełnionych zastanawianiem się, co wziąć ze sobą, ale wylazłam z łóżka bez żadnych sensownych wniosków.
Wyjęłam całą zawartość szkolnego plecaka na ziemię i przyjrzałam mu się głupio. Po chwili zastanowienia wepchnęłam tam grubą bluzę, krótkie spodnie, jeansy, najlepszą letnią sukienkę, stare jak świat ukochane pantofle (które trzy lata temu przyszły w jakiejś tajemniczej paczce), grube skarpety, pusty portfel (który miałam nadzieję napełnić gotówką przed wyjściem z domu), poduszkę-przytulankę, która towarzyszyła mi odkąd pamiętam, "Ojca chrzestnego" - ukochaną książkę i kasetę z kilkoma piosenkami Boney M.
Miałam na sobie jeansy i przepocony Tshirt. Założyłam czeszki i bluzę. Po chwili zastanowienia dołożyłam do plecaka chustkę na głowę. Zapięłam plecak i zarzuciłam prawą szelkę na ramię.
Najciszej jak mogłam, zeszłam po schodach, modląc się, żeby nie skrzypnęły. Wyjęłam z kredensu imbryk, w którym trzymali oszczędności. Zwitek stówek. Z szatańskim uśmiechem włożyłam wszystko do portfela i weszłam do kuchni. W szafce leżała czekolada, kupiona za moje własne, uciułane grosiki, którą Beate bezczelnie mi odebrała i dała Klausowi, dostarczając mu tym zabawy na cały wieczór.
Schowałam swoją własność do plecaka. Markerem, który leżał na blacie napisałam we wnętrzu szafki:
Wygrałam. Jeszcze wrócę z kawalerią.
Garota, córka Sary
Tłumiąc złośliwy chichot, zeszłam na dół. Serce stanęło mi ze strachu, gdy coś skrzypnęło na górze, ale musiało mi się przesłyszeć, bo nie rozległy się ani kroki, ani dalsze skrzypienie, ani nic, co zdradzałoby aktywność ludzką na górze.
Weszłam do spiżarni. Upchałam w plecaku butelkę wody, jakieś wafle i dwie puszki kukurydzy.
Drzwi wyjściowe skrzypnęły cicho, gdy je otworzyłam, mimo że starałam się zrobić to jak najdelikatniej. Wysunęłam się na zewnątrz i równie cicho zamknęłam drzwi.
Byłam wolna.
[od autorki: włącz piosenkę nr. 1 "Let it go"]
Raźno ruszyłam przed siebie nucąc pod nosem jakąś piosenkę, której tytułu nie pamiętałam. Szłam w kierunku centrum, wiedząc, że tam na pewno będzie jakaś budka telefoniczna.
Przez pierwsze pół godziny marszu napędzała mnie euforia, przez następne - własne siły, a później trochę oklapłam. Zmusiłam się do dojścia do najbliższej ławki, usiadłam i zdecydowałam się naruszyć swoje zapasy. Zjadłam pół paczki wafli, popiłam wodą i ruszyłam dalej. Już po chwili zgubiłam się i zaczęłam panikować. W swoim genialnym planie nie wzięłam pod uwagę swojej znajomości Berlina, która była, delikatnie mówiąc, kiepska.
Uspokój się. Będzie dobrze. Bez paniki. Dasz radę, Garota. Musi być co najmniej jedna budka telefoniczna w cholernym Berlinie! Ty ją tylko znajdziesz i będzie dobrze.
Wzięłam głęboki oddech, zebrałam się w sobie i ruszyłam. Znów czułam nadmierny optymizm...
... który niestety zniknął jakieś półtorej godziny później (tak, mam zegarek i nie, nie umiem samodzielnie oceniać upływu czasu). Była druga, a ja błąkałam się po ulicach, nie bardzo wiedząc, gdzie jestem. W dodatku zrobiło się strasznie zimno. Zjadłam resztkę wafli i puszkę kukurydzy. A budki jak nie było, tak nie było.
Już chciałam skląć się za idiotyczny i nieprzemyślany plan, gdy zorientowałam się, że przecież wiem, gdzie jestem: daleko od Beate, Georga i Klausa Globcke. I już nigdy nie muszę tam wracać.
Kiedy sobie to uświadomiłam, znów zachciało mi się tańczyć z radości. Ze zdwojoną energią ruszyłam przed siebie.
O 3.18 moje oczy ujrzały zbawienie: budkę telefoniczną. Byłam zbyt zmęczona, żeby głośno wyrażać swoją radość, ale uśmiechnęłam się szeroko.
Weszłam do do środka. W mdłym świetle latarni wybrałam numer z wizytówki. Przyłożyłam słuchawkę do ucha. Kiedy już traciłam nadzieję rozległ się zaspany męski głos:
- Neues.
- Grau.
- Podaj powód, dla którego miałbym cię nie zabić za to, że mnie obudziłeś.
- Powtórz Hansowi, że Margareta Grau zmieniła zdanie i czeka - tu podałam przybliżoną lokalizację budki.
- To wszystko?
- Tak...
- I po to mnie budziłaś?
- Powtórzysz to Hansowi?
- Zastanowię się - odłożył słuchawkę.
Wyszłam z budki, zjadłam drugą puszkę kukurydzy (nigdy nie jedzcie kukurydzy z puszki palcami!) i usiadłam, opierając się bokiem o ścianę budki.
Cóż, pozostawało tylko czekać.