poniedziałek, 15 czerwca 2015

Prolog

  Wasza matka, Sara Grau. Zapamiętajcie to nazwisko, dziewczyny. Przyda wam się. 

 ***

Berlin Zachodni,  20 kwietnia 1978r.
  
  Szłam pomiędzy uczniami jednej z wielu szkół w Berlinie, a moja największą ambicją było zniknąć w tłumie i nawet chyba mi się to udało.
  Ktoś wykrzyczał moje przezwisko. Przyśpieszyłam kroku.
 Nie reaguj. Nie reaguj, Margareta. Oni nie są warci twojej uwagi. Nie reaguj. Zostaną później ukarani za wszystko, co ci zrobili. Jeszcze zadasz ból im wszystkim, obiecuję.
  - Cześć, Jednorożcu!!! - wykrzyczał mi ktoś tuż nad uchem.
  Nie reaguj.
  - Jednorożec, ogłuchłaś?! Mówię do ciebie!
  Odwróciłam się i zaciśnięta pięść wylądowała na szczęce drobnego szatyna z mojego rocznika. Przeszłam przez bramę i ruszyłam w kierunku przystanku.
  (Chyba powinnam wyjaśnić, o co chodzi z tym Jednorożcem. Historia krótka i głupia: kiedyś czesałam się w kok na czubku głowy, a moi kochani koledzy uznali, że wyglądam właśnie jak to fantastyczne stworzenie. W zeszłym roku każde wejście i wyjście ze szkoły było jak misja specjalna w czasie której nie możesz dać się sprowokować. Teraz już przycichło, ale zdarzali się tacy jak ten dupek. Tak, dobrze myślicie: jestem szkolnym dziwadłem.)
  Ktoś szarpnął mnie za plecak. Odwróciłam się. Za mną stał napakowany kolega szatyna, któremu przywaliłam. Chciałam odwrócić się i odejść, ale złapał mnie za bluzę. Walnęłam w tę rękę, ale nie puścił. Zanim zdążyłam się obejrzeć dostałam pięścią w twarz tak mocno, że upadłam, a plecak znalazł się pode mną. Napakowany kopnął mnie w brzuch i to odebrało mi oddech. Kopnął mnie raz jeszcze. Uniósł nogę do trzeciego kopa, ale złapałam go za stopę i szarpnęłam.
  Taki numer może skutkuje w filmach, ale nie w realu. Albo ja byłam za słaba. Kopnął mnie w twarz i oklapłam całkowicie. Poprawił i straciłam przytomność.
  - Żyjesz? Żyjesz?! - słyszałam nad sobą jakiś głos, ale bardzo niewyraźnie. Nie byłam też w stanie odpowiedzieć.
  - Super, spieprzyliśmy sprawę. - powiedział drugi głos. - Tak zakończyła się historia córki Sary... Błagam, nie bądź martwa!!!
  Otworzyłam oczy i zamrugałam, żeby przywrócić ostrość widzenia. Po chwili wizja i fonia wróciły do normy.
  Pochylał się nade mną nieznany mi mężczyzna.
  - Żyjesz - odetchnął z ulgą. Miał głęboki, aksamitny głos. Z pewnością gdyby czarny jedwab umiał mówić, mówiłby jego głosem. - Bardzo cię pobił?
  - A jak to wygląda? - pomacałam nos, a później żebra.
  - Wygląda źle - wtrącił się ten drugi. - Całą twarz masz w krwi. Chyba rozwalił ci nos.
  - Niedobrze - jęknęłam. - Bardzo źle. Oni mnie zabiją...
  - Globcke i jego żona? - zapytał Głos Czarnego Jedwabiu.
  - Tak! - byłam tak przerażona, że nawet nie zdziwiłam się tym, skąd o tym wiedział.
  Pomogli mi wstać, poprowadzili kilka kroków i posadzili w samochodzie (zostawiając drzwi otwarte). Dopiero teraz mogłam im się przyjrzeć. Obydwaj byli wysocy i przystojni, ale w zupełnie inny sposób. Pierwszy, ten z aksamitnym głosem, był brązowookim brunetem z krótko przystrzyżoną brodą; mógł mieć trzydzieści lat. Ten drugi miał długie, bardzo jasne, lekko kręcone  włosy, niebieskie oczy i prosty nos; na oko był przed trzydziestką.
  - Jestem Hans - przedstawił się brunet. - A to jest Karl.
  - Margareta - wydukałam.
  - Mówiłem - rzucił Karl - że to ona. Ta twarz jest nie do pomylenia. To po prostu młodsza wersja Sary.
  - Nie odzywaj się - warknął ostro Hans.
  - Będę się odzywał - odparł Karl i łagodnie zwrócił się do mnie: - Powiedz, jesteś córką Sary Grau?
  - Tak - to pytanie było tak niespodziewane, że odpowiedziałam zgodnie z prawdą. - Ale co to ma do rzeczy?
  - Nie ma czasu na tłumaczenia, zwijamy się do...
  - Nigdzie się nie zwijam - przerwałam Karlowi. - Zabiją mnie, jak nie wrócę do domu przez siedemnastą.
  - Zostaw ją, Karl. I podaj mi chusteczki i wodę. Albo nie. Jedziemy do szpitala.
  - Ale panowie... Nie mogę... -  protestowałam słabo.
  - Milcz, wsiadaj i nie odzywaj się - zakomenderował Karl groźnie.
  Posłusznie zamilkłam i przez całą drogę do szpitala i ze szpitala, a także w samym szpitalu nie odezwałam się ani słowem. W szpitalu szybko nastawili mi nos, "złamanie bez przemieszczenia", powiedzieli. Hans i Karl odwieźli mnie prawie pod sam dom (duży, jednorodzinny, na przedmieściach).
  Gdy już wysiadałam Hans złapał mnie za rękę, a drugą przesunął po moim prawym obojczyku. Jego oczom ukazała się blizna po złym humorze ciotki Beate.
  - Możesz pojechać z nami, nie musisz tam wracać - powiedział.
  - Wytłumacz mi coś. Pomogliście mi na ulicy, zawieźliście do szpitala, bredziliście coś o Sarze, znaczy mojej matce, a teraz jeszcze mówicie, że mogę pojechać gdzieś z wami! - wybuchłam. - O co tu chodzi! Wytłumacz mi w tej chwili!
  - Obiecaliśmy, że będziemy opiekować się tobą i twoją siostrą. Ci tu was męczą. Chcemy wam pomóc.
  To mnie zupełnie zaskoczyło.
  - Dziękuję... - wydukałam. - Ale wolę zostać. Damy sobie z Eriką radę.
  Hans nadal nie puszczał mojej ręki. Sięgnął do kieszeni, wyjął z niej sztywny kawałek papieru i wsunął go w moją dłoń.
  - Jeśli jednak zmienisz zdanie, zadzwoń pod ten numer i poproś Hansa.
  Schowałam wizytówkę i pobiegłam do domu.

  Zupełnie nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz