środa, 6 kwietnia 2016

Rozdział VI

  Moja krótka lista przebojów nie trwała dłużej niż pół godziny, więc do powrotu chłopaków (to jest do godziny dziewiątej z groszkiem) zdążyłam wysłuchać jej dziesięciokrotnie, ale wcale nie miałam dość.
  Gdy Tony energicznie wszedł do salonu, po raz jedenasty leciała "Ma Baker". Vreski'ego wryło w podłogę i stał tak do końca piosenki, uważnie wsłuchując się w tekst i machając rękami, co odczytałam jako kategoryczny zakaz wyłączania. Poruszał wargami, jakby się modlił.
  Wyłączyłam, gdy tylko wybrzmiała ostatnia nuta.
  - Tony? - zapytałam ostrożnie i podeszłam do niego.
  - When one boy was killed, she really made them pay... - wyszeptał Tony. - Men she liked… Did away with him… Cops appeared… Couldn't get away… Shot it out… Didn't want to hang… Died with blazing guns… O mój Boże, Margareta, skąd masz tę piosenkę?!
  - Przecież to Boney M.! Nie znałeś tego? Mówiłam ci przecież!
  - Nieważne. Co ty czytasz?
  - Książkę. - Nie rozumiałam tego szoku wywołanego nieszczęsną "Ma Baker", a gdy czegoś nie rozumiem, robię się zła.
  - Jaką?
  - Papierową! Macie tu Indeks Ksiąg Zakazanych?
  Tony wyrwał mi z rąk nieszczęsną książkę, spojrzał na okładkę i zaczął się śmiać.
  Jeszcze bardziej zła, rzuciłam mu wściekłe spojrzenie.
  - Co. Cię. Tak. Bawi?!
  - Oj, Garota, Garota… Okłamywali cię i odcinali od przeszłości, ale ty podświadomie czułaś! - Tony uśmiechał się od ucha do ucha.
  - Wyjaśnisz mi wszystko w tej chwili albo nie ręczę za siebie! - oświadczyłam lodowato i chyba nawet udało mi się trochę ostudzić entuzjazm Tony'ego.
  - Dobra, już. Siadaj i słuchaj.
  - Oddaj mi książkę.
  - Proszę bardzo.
  No wreszcie.
  W tej samej chwili do pokoju wszedł Hans. Kazał Tony'emu pomóc w wyładowaniu czegoś z czegoś innego i dodał: "Przejmuję twoje dziecko".
  Wcale nie miałam ochoty być przejmowana, bo w towarzystwie Tony'ego czułam się najlepiej, poza tym właśnie miał wyjaśnić mi tajemnicę, jaką owiana była moja matka. No cóż, najwyraźniej jeszcze nie teraz.
  - Mogę ci pokazać pokój Sary… to znaczy twojej matki - odezwał się Hans.
  - Naprawdę, załapałam, kim była Sara! - wypaliłam. - To znaczy wiem, że moją matką, bo poza tym nic.
  Spodziewałam się, że Hans się zdenerwuje, ale on tylko się uśmiechnął.
  - Faktycznie, wybacz. Będziesz mogła się tam przenieść, oczywiście jeśli będziesz chciała.
  - Brzmi nieźle. Kontynuuj. - Nie miałam pojęcia, co mi się stało, że rozmawiam z nim jak z kumplem. Przecież jest ode mnie dwa razy starszy i znam go od dwóch dni, do cholery!
  - Jak już mówiłem, stary pokój Sary. To takie trochę muzeum, nikt tam nic nie ruszał od jej śmierci, więc będzie trzeba przynajmniej zetrzeć kurze.
  - Wiesz, brud poniżej jednego centymetra nie jest szkodliwy, a powyżej sam odpada - uśmiechnęłam się.
  Hans odwzajemnił uśmiech i tajemniczo rzekł:
  - No to chodźmy…
  Schody pokonaliśmy w milczeniu.
  Pokój był wielki (nie tak duży jak salon, ale na pewno większy od tego schowka na miotły, który Globcke dowcipnie nazywali moim i Erii pokojem) i duszny (chyba faktycznie nikt tu nie wietrzył od dziesięciu lat). Ciężkie od kurzu zasłony zapewne były kiedyś białe. Wielkie (i nieposłane) łóżko małżeńskie również pokrywała warstwa kurzu.
  - Zaraz, a pokój w którym spałam? To nie był pokój Sary? Tam przecież były jej ciuchy... i w ogóle...
  - Nie, tam tylko kazałem przenieść część ubrań ze strychu, żebyś miała w co się ubrać jak wstaniesz.
  - Aha. - Ruszyłam w głąb pokoju. I wtedy zauważyłam regał...  - O Boże... - W życiu nie widziałam tylu kaset naraz! - Mogę popatrzeć? - spytałam z nadzieją.
  - Nawet nie pytaj o takie rzeczy! Chcesz, to możesz coś obejrzeć. Albo w ogóle zrobić sobie noc filmową, tylko wyślę kogoś po popcorn.
  Zapiałam z zachwytu. Tylko łóżko, telewizor, popcorn i ja - to brzmiało bardzo zachęcająco. Hans wyszedł z pokoju, a ja rozejrzałam się, od czego zacząć.
  I wtedy mnie zastopowało. Pomiędzy horrorami i filmami akcji trafiłam na łzawą komedię romantyczną, a zaraz obok - na "Niezatapialną Molly Brown".
  Wybiegłam z pokoju i dogoniłam Hansa.
  - Oglądacie komedie romantyczne? - wypaliłam i po chwili milczenia dodałam: - I musicale?
  - To wszystko zostało po Sarze. Nikt tam nic nie ruszał, słowo.
Więc moja matka, nieustraszona, wielka przywódczyni, lubiła rom-comy...
  Znów dowiedziałam się czegoś nowego o mojej matce... bo na dobrą sprawę wiedziałam o niej tyle, że nazywała się Sara Grau, miała partnera, dwie córki, wredną młodszą siostrę, podwładnych, którzy ją kochali, lubiła musicale i komedie romantyczne i nie żyje.
  Odechciało mi się filmu i znów na pierwszy plan wybiło się pragnienie poznania własnych korzeni.
  - Hans, może opowiesz mi coś o niej? - zapytałam nieśmiało.
  - Oczywiście, Margota. - Uśmiechnął się. - Chodź do salonu. Karl, Tony! Zameldować mi się w salonie za pięć minut.
  - Litości - rozległ się głos Tony'ego.
  - Margota potrzebuje nagłej terapii!
  - Lecę!
  - Tylko nóg nie połam - zgrzytnął Karl. - I mam nadzieję, że nie chodzi jej o śpiewanie kołysanek, bo po moich będzie miała koszmary…
  - Nie gadaj tyle i chodź - przerwał ze śmiechem Tony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz