Nie zdążyłam przełknąć ostatniego kęsa pizzy, gdy Tony wstał i pociągnął mnie za rękę spowrotem do salonu. Posadził mnie na fotelu, kucnął przede mną i wziął mnie za ręce.
- Chłopaki pojechali, to było do przewidzenia, ale wcale ich nie potrzebujemy.
Czułam się dziwnie.
- Dobra, Margota, mówili ci cokolwiek o Sarze?
- Że… - zaczełam, zupełnie zapominając, że nie zaczyna się zdania od "że" - miała męża, dwie córki: mnie i Erię, i zginęła w wypadku samochodowym.
- CO???!!! - Tony przerwał mi straszliwym rykiem. Wstał. - W wypadku?! Sara Grau zginęła w wypadku?! W WYPADKU???!!! - aż się zapluł z oburzenia. - Ja im, kurwa, dam wypadek! To Beate mówiła, tak?
Pokiwałam głową.
- Jak ja tej suce wypadnę, to jej się słabo zrobi!
Nigdy nie widziałem nikogo tak wściekłego. Wstałam i wczepiłam się w ramię Tony'ego.
- Nie strasz mnie. Opowiedz, jak było naprawdę.
Tony westchnął głeboko. Schodziło z niego powietrze.
- Wdech… wydech… wdech… wydech… - uśmiechnęłam się.
- Dobra, już mi lepiej - jeszcze raz głeboko westchnął. - Przepraszam, jeśli cię przestraszyłem. To był atak furii w stylu Karla. Strasznie cię przepraszam, ale po prostu szlag mnie trafił. Wypadek… nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Masakryczna masakra.
- To powiesz mi coś czy nie nie? - przerwałam.
- Jasne, już - przysunął fotel do kominka. - Siadaj.
Usiadłam, a Tony kucnął przede mną.
- Nie wolałbyś usiąść? - zapytałam ostrożnie.
Pokręcił głową. Wziął mnie za ręce i spojrzał w oczy.
- Sara Grau była najdzielniejszą kobietą, jaką znałem. Twierdzenie, że zginęła w wypadku to czyste oszczerstwo.
- Co? - wyrwało mi się.
- Sara oddała życie za swoich podwładnych! To brzmi patetycznie, wiem, ale tak było. Uratowała im wszystkim tyłki. Chłopaki nie znali Sary, oni są nowi. Pamiętają ją tylko Weterani, czyli Hans, Karl i ja.
- Ty? - zdziwiłam się. - Przecież ty nie masz dwudziestu lat!
- Nie mam. Dziewiętnaście lat i trzy dni.
- To było z dziesięć lat temu…
- Miałem dziewięć lat - wyszczerzył zęby. - Może byłem szczylem, ale widziałem, o co chodzi. Nie pamietam Sary zbyt dobrze, ale Karl i Hans dużo mówili, a na kominku stoi zdjęcie.
- Antonie Vreski! - rozległ się nagle z dołu lodowaty głos. - Jeśli ciągu trzech minut nie zejdziesz na dół to wyjdę po ciebie, a wtedy…
- Już idę! - odwrzasnął Tony i zwrócił się do mnie: - Przepraszam, Garota, że to nie wypaliło, ale jak wrócimy, to ci więcej opowiem, słowo. Czuj się tu lepiej niż u siebie w domu.
A potem wybiegł z pokoju. Przez chwilę słychać było jego kroki na schodach, a potem one też umilkły.
Zostałam sama w tym wielkim domu i nie powiem, żeby poprawiało mi to nastrój.
- Dobra, weź się w garść. Tu musi być bezpiecznie - powiedziałam sobie.
Podeszłam do drzwi i, po dłuższej chwili macania ściany, znalazłam włącznik; zapaliłam światło.
Nie rozstąpiła się ziemia, nie uderzył we mnie piorun, nie zobaczyłam dookoła kawałków zwłok. Przy świetle pokój wyglądał zupełnie normalnie (pomijając fakt, że był wielki jak dworzec).
To co teraz robimy?, zapytałam w przestrzeń, ale, zgodnie z przewidywaniami, nie doczekałam się odpowiedzi.
Nagle przypomniałam sobie, co mówił Tony: na kominku stoi zdjęcie Sary.
Podeszłam do półki nad kominkiem. Na środku stało dość duże, czarno-białe zdjęcie, zbliżenie na twarz średnio ładnej kobiety koło trzydziestki. Obok stało mniejsze, przedstawiające tę samą kobietę, ale kilka lat starszą, w czymś, co przypominało mundur i z karabinem w rękach.
Przyjrzałam się pierwszej fotografii. Sara Grau, moja matka, miała związane w kitkę czarne włosy (takie jak moje), ciemne oczy (takie jak moje), mały, lekko zadarty nos (taki jak mój) i kilka zmarszczek na czole.
Kilka rzeczy stało się trochę jaśniejszych, ale nadal nie wszystko rozumiałam. Zresztą nie ważne. Niedługo wrócą, to wyjaśnią mi resztę.
Dobra, zagadka prawie rozwiązana, nie ma co się szarpać, za to wartoby rozejrzeć się po chacie. Na razie postarajmy się ogarnąć ten pokój.
Rozejrzałam się uważnie. Duży, ścienny zegar wskazywał czwartą nad ranem. Na przeciwległej do kominka ścianie zawieszona była szeroka, drewniana półka. Podeszłam bliżej.
Na środku stało oprawione w ramki kolejne zdjęcie Sary. Miała na nim dziki wzrok, usta wykrzwywione w szyderczym uśmiechu, a w ręku… Trzymała. Za. Włosy. Czyjąś. Głowę.
To zdjęcie tak mnie zahipnotyzowało, że musiała minąć dłuższa chwila, zanim się ocknęłam.
Przed zdjęciem paliła się mała świeczka i leżała niebieska róża. Wyglądało to jak ołtarzyk. Święta Sara Grau.
Dobra, Margota, nie myśl o tym. Wszystko w swoim czasie.
Wyszłam z wielkiego salonu, nie gasząc światła. Rozejrzałam się. Na prawo korytarz, na lewo schody.
Ruszyłam schodami w górę. Korytarz, w którym się znalazłam miał pierdyliard drzwi po jednej i drugiej stronie. Tytanicznym wysiłkiem szarych komórek przypomniałam sobie, że "moje" to te drugie po prawej.
Weszłam do pokoju. Wyjęłam z plecaka kasetę z Boney M. i "Ojca chrzestnego".
Zeszłam na dół, do salonu. Radio stało na jednym ze stołów. Wsadziłam kasetę do środka.
Przysunęłam fotel trochę bliżej kominka, obok postawiłam radio. Włączyłam swoją kasetę, usiadłam z książką w fotelu.
Zagłębiłam się w lekturze, a z radia płynęły pierwsze takty mojej ukochanej "Ma Baker".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz